Siemaneczko Świry!

Odcinek kolejny moich dywagacji będzie o muzyce w tańcu. Ale musimy się na coś umówić… Polaki taki naród, że sobie tylko sami czytają i nie udostępniają. Udostępnij, to będzie więcej ludków kminić o tańcu, a więc więcej tańcem się zajmować. A jak nie udostępnisz, to mało ludków zobaczy tekst i równie dobrze mogę pisać do szuflady. Smuteczek na Twojej buzi i na mojej. A co wolisz, smuteczek czy banan? Fajniej konfrontować rzeczy z ludkiem żywym po drugiej stronie. Ja przynajmniej tak wolę, więc i po to piszę.

Gadają mi na różnych zajęciach instuktory, że powinienem się muzyki kurczowo trzymać i obrazować jej uderzenia. I mi liczą jakąś matematykę okrojoną, bo do ośmiu, jak na przykład w bachacie, a ja umiem liczyć dalej! i jeszcze ułamki znam i nawet pierwiastkować umiem więc… Nie do końca się z liczeniem na kursach zgadzam. Owszem, jako jednym ze sposobów odnajdowania się w rytmie, ale, na Teutatesa, nie jedynym! Po kolei.

Różny można mieć stosunek do muzyki, jeśli oczywiście ją słyszysz. Może Cię ona na ten przykład w ogóle nie interesować. Larum tancerzy podniesie teraz polemikę, że taniec rodzi się w połączeniu z muzyką bla bla bla. A ja na to powiem, że rzeczywiście zazwyczaj tak jest. Zazwyczaj. Ale brak zainteresowania muzyką w tańcu jest możliwy i ma swoje funkcje. Każe Ci na przykład koncentrować uwagę na czymś innym. A najczęściej na kimś innym. Jeśli najważniejsza jest dla Ciebie w tańcu relacja z partnerką czy partnerem, to możesz sobie śmiało odpuścić wysiłek koncentrowania się na melodii, rytmie, takcie, antykadencjach, synkopach i wszystkich pozostałych składowych, o których nie musisz mieć bladego pojęcia. Możesz. Tylko kiedy i po co?

I tutaj dochodzimy do bardzo ważnej kwestii. Jeśli tańczysz do drugiej osoby ruch silnie nacechowany znaczeniem, to osadzenie go w muzyce, często osłabia jego wartość. Tańcząc w ten sposób, ponad muzyką, powodujesz w partnerze rodzaj zmieszania, czy aby na pewno to co wykonujesz mieści się nadal w ramach tańca. Znaczy się, czy to taniec w ogóle nadal jest? A może to już tylko zachowanie, bo nie ma korespondencji z muzyką. O ile zachowanie jest nacechowane znaczeniem odczuwa się je, w takim przypadku, bardzo intensywnie. Jeśli jednak wykonujesz jakiś fikumik bez znaczenia niewerbalnego, lub, którego znaczenie nie jest łatwe do odczytania i dodatkowo jesteś ponad muzyką, to lepiej sobie daruj. Prawdopodobieństwo, że zostaniesz posądzony przez nietańczące grono obserwatorów, oraz swoją partnerkę (parntera) o głębokie pogrążenie w obłędzie staje się niebezpiecznie wysokie. Yyyyyy…. Chyba, że o to właśnie Ci chodzi.

Ale muzyczka gra. Inspiruje, kołysze, uspokaja, pobudza, rozrywa i wszystkie takie takie co Cię do tańca porywają. No to się podłączasz do tego nieprzerwanego flow i... I tutaj pojawia się problem. Taki, że masz w głowie technikę tańca. Wyuczoną. Najczęściej na kursach, na przykład bachaty. Rodzaj powtarzanych ruchów utwierdzonych youtubem i facebookiem, doprowadzonych do perfekcji tysiącem powtórzeń tego jednego przepływu. I tańczysz salsę, bachatę, kizombę, a nie muzykę (mówię gwoli jasności o początkujących tancerzach, bo ci długo tańczący zakapowali, że nie do końca o powtarzanie figurek idzie, a bardziej o interpretację muzyki). Weź ziomku wyluzuj!!! Nie tędy droga.

Muzycy grający do tańca mają przecież jedno zadanie. Porwać Cię, wyrwać z krzesła, odtwierdzić, szargać rytmem i zatracać w melodii. No bo jak tego nie umieją, to czeka ich niechybnie bezrobocie i bolesna konfrontacja z trudem życia pracownika etatowego. Jeśli jednak pokapują o co chodzi, to najprawdopodobniej ich nagranie trafi do Ciebie w pierwszej lepszej imprezowni. A wtedy…

Leci kawałeczek. No to wchodzisz na parkiet i co robisz? Naparzasz swoje wyuczone harakiri czy czekasz z zainteresowaniem obserwując jak dźwięki odrywają Cię od podłogi? Niestety zazwyczaj to pierwsze. Kończysz po wszystkim wyczerpany realizacją rytmiczną skoordynowanych ruchów. A mogłeś zamiast tego dać się ponieść. Mogłeś ale nie zrobiłeś tego. Kolejny raz to samo. Odczuwasz po wyczerpujących wymachach kończynami satysfakcję w postaci przyrostu mięśni, ale niestety mam też tutaj dla Ciebie niemiłą niespodziankę. To nie jest taniec. Jakiś może fitness szamański odprawiłeś, może nawet w parze. Ale taniec to to nie był. W żadnym wypadku. Taniec, jeśli w parze, się zdarza między ludźmi, ale to z pewnością nie był ten przypadek.

A gdyby tak otworzyć się na nieznaną podróż. Dać się porwać muzyce nie na swoich zasadach, ale na jej (muzyki). Całe doświadczenie zdobyte na kursie tańca, czy lokalnych potańcówkach w remizie przepuścić przez jej pryzmat. Zobaczyć jak to jest. A może rozbłyśnie nowym, świeżym blaskiem, bo niekoordynowanym przez przeliczający wszystko na 123 567 mózg.

Bo w tańcu mózg tańczy, czy ciało tańczy? Po to ćwiczysz ciało, żeby było dla muzyki i dla uczuć „przezroczyste”. Tak by muzyka, emocje, chcenia, same przez nie przemawiały. Muzyka. Muzyka najpierw.

Na początku będzie Ci trudno wyłączyć myślenie i czekać. Pojawi się dyskomfort spowodowany naporem oczekiwań i nawyków. Do stracenia jednak masz bardzo wiele. Możesz przestać tańczyć! Tańcząc-powtarzając układy prezentowane na zajęciach ryzykujesz zniechęcenie do Twojej ulubionej techniki tańca. Może jeszcze nie teraz, ale na pewno w niedalekiej przyszłości. Włącz kreatywność!! Porozmawiaj na ten temat ze swoim instruktorem, lub jakąkolwiek osobą, która tańczy długo, na pewno powyżej 3 lat i przekonaj się co to daje.

Wieloletnie doświadczenie nie jest niezbędne do wyrobienia w sobie luzu oddawania się porywom muzyki. Możesz tak mieć już teraz. Wystarczy że przestaniesz słuchać muzyki jako masy dźwiękowej, a w to miejsce usłyszysz, że to suma harmonijnych i rytmicznych uderzeń instrumentów. Wybierz jeden z nich, który w danym momencie utworu porywa Cię najbardziej, i daj się porwać jego opowieści. Improwizuj. Jeśli przedstawisz swoją, właśnie teraz odkrywaną wersję Twojego własnego słyszenia muzyki partnerce, na pewno się ucieszy z odkrycia. To będzie wyłącznie Twoje. To Twój indywidualny sposób słuchania bachaty, kizomby, salsy… Indywidualne, niepowtarzalne doświadczenie. A dla partnerki? Słuchać muzyki w sposób odczuwalny wszystkimi zmysłami a nie tylko słuchem? Kobiety się w tym zatracają.

Idę się przejść bo mi się majty przylepiły do dupy od tego siedzenia i stukania w klawiaturę.

Hawk!